Nie pisałam całe 9 miesięcy, ale mam mocne postanowienie, żeby do blogowania powrócić - szczególnie, że mam nadzieję, iż będzie o czym pisać. ;)
Na początku krótkie podsumowanie tego, co działo się przez ten czas, a potem będę pisać już, mam nadzieję, na bieżąco.
Zacznijmy jeszcze od poprzedniego roku, bowiem 17 października miałyśmy
przyjemność brać udział w pokazach w szkole podstawowej Kołozębiu pod
Płockiem, które organizowała moja siostra.
Było obedience, agility, frisbee, nawet amatorski bikejoring, a na koniec trochę teorii. Z Shivą oczywiście prezentowałyśmy tylko agility i frisbee, przy czym to pierwsze wyszło całkiem-całkiem, a drugie gorzej. :P
Piesek generalnie był fajny i grzeczny, a dzieci chyba zadowolone. ;)
W styczniu wybrałam się, niestety sama, na trening agility do Włocławka. Nie siedziałam jednak bezczynnie, bo Luiza "wypożyczyła" mi swojego belga (czyli Kasia w siódmym niebie :D), Mandalę, z którą biegałam. ;)
Po tym treningu plan był taki, że zaraz przyjadę znowu, już z Shivą, i będę od czasu do czasu przyjeżdżać. Ale wyszło jak wyszło i dotychczas byłam raz, jedynie w marcu, lecz dobre i to. :) Mamy filmik:
I kilka zdjęć, by Luiza Prykowska oczywiście:
taaaka jestem słodka!
z Cerberem i Mandalą, których osobiście jestem fanką!
Wyjazd baaardzo udany - Luiza, dziękujemy za wszystko!
W kwietniu byłyśmy w Płocku u mojej siostry troszkę poagilitować, mamy jeden filmik:
W ten weekend też działo się sporo, ale to już będzie oddzielny wpis. :)
W środę, tj. 27 lipca minęły DWA lata odkąd Shiva jest ze mną!
Wybrana z nie do końca znanych przyczyn – po prostu jak ją zobaczyłam, wiedziałam, że to jest właśnie TA, pomimo tego, że za kratkami była wystraszoną, obojętną na wszystko suczką, a do tego krótkowłosą i w ogóle to w sumie nie TAKĄ! Ale była TĄ i już. :P
Kiedy wyszła z kojca od razu pokazała swoje prawdziwe oblicze – wesołej, nierozgarniętej kulki energii. ;)
Od początku pilnie się uczyła. ;P
Pierwsza zima:
Luty 2010 był dla nas miesiącem jakimś takim… przełomowym, bo tak naprawdę dopiero wtedy zdobyłam taki fajny kontakt z suczą, załapałam jak pracować z psem i dzięki temu spełniły się moje marzenia o własnym psie, z którym będę pracować i – wkrótce – spędzać czas z równie zakręconymi ludźmi, w różnych dziwacznych okolicznościach. ;D
Kiedyśtam zaczęłyśmy bawić się frisbee:
Co z czasem zaczęło nam coraz lepiej wychodzić i coraz bardziej podobać. :)
Przy czym ewidentnie to ja byłam (i jestem) tym słabszym punktem. :P
Ale ogólnie to rok 2010 minął burkowi raczej względnie normalnie:
A to, że na podwórku robiła ze swoją dziwną panią równie dziwne rzeczy to oj tam oj tam… :)
Za to na rok 2011 miałam nieco ambitniejsze plany i – o dziwo – można powiedzieć, że udało się je zrealizować!
M.in. zaliczyłyśmy debiut na zawodach - na DCDC w Poznaniu. Raczej nie powaliłyśmy nikogo na kolana (a szczególnie mnie. :P), ale zawsze mogło być gorzej. :D
Byłyśmy na seminarium frisbee z Darkiem Radomskim w Gorzowie Wielkopolskim, o którym niestety nie pisałam z braku czasu… Świetnie spędzony czas, w świetnym towarzystwie, a do tego masa wiedzy! :)
18 czerwca w Parku Cytadela, w Poznaniu, zadebiutowałyśmy na DCDC i tym samym na jakichkolwiek zawodach. ;)
Denerwowałam się niesamowicie; rano, w dniu zawodów, myślałam, że umrę z bólu brzucha... :P Jednakże jak już dojechałam na miejsce, zarejestrowałam się, dostałam wspaniały zestaw startowy (:D), a następnie odnalazłam się ze znajomymi, niemiłe objawy od razu minęły i zaczęłam delektować się atmosferą. ^^
Kiedy zbliżała się nasza kolej, nerwy powróciły i przez to w jakiś sposób zmęczyłam przed startem psa... Nie wiem konkretnie czym, jak, ale zmęczyłam, więc freestyle wyglądał jak wyglądał - pies ledwo biegał, więc złapane dyski były w małej mniejszości. :P Ale jestem i tak jestem trochę dumna z nas... Z psa w 100%, bo chociaż na początku jak wyszłyśmy na pole, zaczęła biegać w poszukiwaniu niewiadomoczego to kiedy zaczęłyśmy free była już skupiona tylko na mnie, pomimo tego zmęczenia, nowych zapachów, ludzi, dźwięków... :) I starała się! Z siebie oczywiście mniej, głównie dlatego, że mój pies wyszedł na pole zmęczony, ale też z powodu mojego rzucania, jeszcze gorszego niż zazwyczaj (jak widać - możliwe. :D). Ale nie zapomniałam freestyle'u (!), nie uciekłam na początku z pola kiedy pies chciał to zrobić i w ogóle grzeczna byłam. :P
Po freestyle'u zajęłyśmy 18 miejsce na 24 teamy, czyli chyba jak na zmęczonego psa i wieśteam nie AŻ TAK źle... ^^
T&F za to kompletnie skopałam. W ogóle nie wiedziałam, że toss startersowy już trwa, a kiedy się zorientowałam zaraz miała być moja kolej, toteż wyjęłam szybko psa z klatki i speed na pole... Takim sposobem pies na początku był kompletnie nieogarnięty; podbiegł do jakiegoś człeka myśląc chyba, że to mój tata. :P Ale w końcu udało mi się ją jakoś ogarnąć z tymże będąc nadal przestraszoną początkowym nieogarnięciem psa, wiedząc, że i tak wielu punktów to ja nie zdobędę, nie zajmę żadnego fajnego miejsca, myśląc do tego, że pierwsza strefa niepunktowana jest punktowana (!) rzuciłam jedynie dwa rzuty do strefy punktowanej.... Shame on me, już te 5 punktów mogłam chociaż zdobyć, wystarczyłoby, żebym do tej strefy dorzuciła, pies w 99% łapie (na tossie zmęczony nie był, tak). No ale nic, za rok będzie lepiej!
Tym sposobem spadłyśmy na zaszczytne 20 miejsce, o!
Ogólnie, chociaż bez ciekawego wyniku, z wiedzą, że my możemy 5x lepiej, jestem z nasumna! Jeszcze kilka miesięcy mój pies w obcym miejscu na dysk by nie spojrzał, jeszcze niedawno start na zawodach był dla mnie tylko nieśmiałym marzeniem... Dałyśmy radę, a biorąc pod uwagę moje różne straszne scenariusze to już w ogóle było super, zresztą te zawody od początku miały być tylko po to, żebyśmy zobaczyły "z czym to się je". I zobaczyłyśmy, i baaaaardzo nam się spodobało. :)
Pomijając start, był to ŚWIETNIE spędzony czas, poznałam masę świetnych ludzi, ich psów, popatrzyłam na mistrzów.